fotografia analogowa35mmolympus mju II

Zaczynam na nowo | moja fotografia <013>

Jeśli śledzisz mnie na Instagramie, to pewnie zauważyłaś(eś), że ponownie moim aparatem codziennym stał się aparat analogowy. Nie jest to nic kosmicznego, bo używam zwykłego, ale i kultowego Olympusa Mju II. Nie wymaga on żadnej technicznej wiedzy związanej z jego obsługą. Jest to tak zwany „point and shoot”, czyli wyceluj i strzelaj. Nawet nie wiecie, jaką mi to sprawia przyjemność. Skupiam się tylko i wyłącznie na obrazie, na tym, co widzę i na tym, co chciałbym sfotografować.
Kolejna sprawa to to, że kompletnie nie zajmuję się postprodukcją. Film jest wywołany, zeskanowany i już. Pięknie, tego mi właśnie brakowało. Nie przeszkadzają mi ewentualne niedoskonałości, liczy się moment, miejsce i osoby, które zostały uwiecznione. Czuje się, jakbym swoja przygodę z fotografią zaczynał na nowo. Tak jak kiedyś, a jak wiemy „kiedyś to było”

Sami pewnie macie, a jeśli nie Wy, to Wasi rodzice, albumy ze starymi zdjęciami. Z czasów, gdy jeszcze nie było aparatów cyfrowych. Często są to pojedyncze zdjęcia z jakiegoś miejsca, wycieczki czy spotkania rodzinnego. Macie też tak, że totalnie nie ma dla Was znaczenia, że coś jest nie ostre, trochę za ciemne, lekko przebarwione? Liczy się tylko to, że możemy wrócić myślami do tamtego miejsca, tamtej imprezy czy wspomnieć osoby widniejące na zdjęciu. Świetne jest to, że wokół jednego zdjęcia z jakiegoś wydarzenia, jesteśmy w stanie odtworzyć przynajmniej fragment tego, co się w tym miejscu działo. Nie musimy opowiadać tego milionem zdjęć.

Obecnie wykonujemy niezliczone ilości zdjęć, bo możemy. Aparaty w telefonach i ich pojemności są na przyzwoitym poziomie, więc pstrykamy na potęgę. Toniemy w  bylejakości. Bo nie musimy się skupiać, bo nie musimy myśleć, bo mamy miejsce w telefonie, w chmurze itd. Mając po kilka identycznych zdjęć, nie możemy się zdecydować na to jedyne, więc zostawiamy szesnaście. Koniec końców zdjęcia giną gdzieś w czeluściach dysków. 

Oczywiście ze skanami z filmu, może być podobnie, w końcu to też tylko pliki. Ale mając mniejszą ilość zdjęć, mniejszą ilość powtórzeń, bardziej „szanujemy” ten materiał. Łatwiej zapanować nad skanem jednej rolki, na której jest 36 klatek niż jedną kartą, na której jest 36 000 zdjęć. 
Rozwój fotografii, który miał ułatwić nam pracę (co bez wątpienia uczynił) ma też efekt uboczny, czyli „produkcja” milionów fotek. Warto o tym pomyśleć. Nie namawiam, aby przestać fotografować telefonem/aparatem cyfrowym i przerzucić się na kliszę. Namawiam do fotografowania z głową. 

Miłego dnia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.